Boże Narodzenie w Nakapanyi

Właśnie wróciłem z “pomocy duszpasterskich”. Korzystając z ferii świątecznych i przerwy w wykładach, byłem w parafii Nakapanya u Ks. Gabrysia Kamieńskiego na południu Tanzanii (około 900 km od Morogoro). Dwa tygodnie (od 21 grudnia ’97 do 06 stycznia ’98) spędzone w prawdziwie misjonarskich warunkach. Poleciałem tam samolotem, bo o tej porze roku drogi w tamtym kierunku są całkowicie zalane, mosty pozrywane przez powodzie i samochodem nie można się tam absolutnie dostać. Pora deszczowa w Tanzanii, to coroczne powódź, jaką w Polsce przeżyliśmy kilka lat temu. Taka powódź w Polsce jest kataklizmem, klęską żywiołową, tutaj to prawie coroczna normalka. Oczywiście że zniszczenia dokonane w Polsce są nieporównywalne z Tanzańskimi, ale to nie ze względu na potęgę żywiołu, ale raczej na to co taki żywioł może zniszczyć. Tutaj najczęściej zalewa polne (a raczej buszowe drogi) i czyni je sezonowymi strumieniami i rzekami. Zniszczy też czasami kilka małych mostków i uczyni podróż takimi drogami uciążliwą lub nawet na kilka miesięcy niemożliwą. Chociaż był i tutaj kilka lat temu poważny kataklizm, kiedy to miliony ton błota spływające z gór zalały kilkaset wiosek i pola uprawne regionu Masasi. W takim wypadku, jest to kataklizm, bo oznacza głód i śmierć dla wielu setek ludzi, ale normalnie nawet bardzo obfite i długotrwałe opady tutaj to raczej błogosławieństwo. Pola się zielenią, wszystko ożywa i rośnie, a to oznacza dla ludzi obfitość zbiorów i dostatek. Niemniej jednak, tym razem na południe trzeba było lecieć samolotem i nie ryzykować zamiany samochodu w amfibię.

Spędziłem te dwa tygodnie bardzo pobożnie, pracowicie i bardzo spokojnie. Jeździliśmy na “zamu” lub “vigango”, czyli na podstacje misyjne (ma ich parafia w Nakapnyi w sumie 6), odprawialiśmy Msze, spowiadali, chrzcili i bierzmowali, aby na Święta wszyscy katolicy z tych okolic byli przygotowani. Wigilię mieliśmy raczej skromną, oprócz opłatka (we dwóch składaliśmy sobie życzenia i łamali się nim także z najbliższymi w kraju), ryż gotowany z rybami i herbatę. Gabu skarży się, że nie może wyhodować swoich warzyw, bo co posadzi; kapustę, sałatę, czy pomidory, to albo wyschnie, albo zagłuszy Mu to busz. Ale ma też i sukcesy, sam wyrabia najnormalniejszą polską, swojską i podsuszaną kiełbasę.

A po Wigilii pośpiewaliśmy trochu kolędy, powspominali Polskę i najbliższych, i o jedenastej w nocy poszli spowiadać do głównego kościoła w samej misji Nakapanya. Było trochu ludzi i do spowiedzi i na samej Mszy św. o północy. Gabryś się złościł, że przyszli na pasterkę poobdzierani, brudni i niedomyci, ale ja tych ludzi trochu rozumiem, bo skoro szli nocą, najczęściej bez światła, po ciemku i w deszczu, (a błota tam teraz wszędzie po kolana) to trudno od nich wymagać, żeby ubrali się elegancko, skoro raz, że w nocy i tak nikt nie widzi, a po drugie taka wyprawa nocna do kościoła, to ryzyko zniszczenia sobie najlepszego ubrania.

W samo Boże Narodzenie przyszli jednak już porządnie ubrani i czyści. Szopka była i dzieciątko w żłobie, i choinka z drzewka bananowego i wata na tym drzewku zastępująca śnieg. A Gabryś przetłumaczył im nawet (już kilka lat temu) na swahili polską kolędę “Podnieś rączkę Boże Dziecię” i śpiewali to na Mszy o północy i na uroczystej Mszy św. w Boże Narodzenie. Wzruszające to było, słuchać takiej kolędy po swahili: “błogosław Ojczyznę miłą”, oni śpiewając to myśleli o Tanzanii, my … o Polsce. A tak naprawdę to zastanawiałem się przez chwilę, gdzie jest ta moja ojczyzna? Ale tylko przez chwilę. Polska jest na pewno moją ojczyzną, a Tanzania … teraz też, z wyboru, na kilka, kilkanaście lat. W samo Boże Narodzenie oprócz Mszy św. w głównym kościele byliśmy jeszcze po południu na jednej podstacji (Limesule), a w drugie święto na dwóch innych (Mkowela i Tinginya). Ksiądz Africanus Lokilo (tanzanijski już Salwatorianin), który jest magistrem nowicjatu, znajdującego się również w Nakapanyi, odprawił Mszę św. w Mindu i Majimaji, a po południu, kiedy my pojechaliśmy na podstację on poprowadził nieszpory. I tak nam zeszły święta. Ja się cieszyłem bo dla mnie odmiana, a Gabryś jeszcze bardziej, bo nie był w tym czasie samotny.

W Sylwestra posiedzieliśmy we dwóch i znalazła się nawet polska kiełbasa, robiona na miejscu przez Gabrysia i po butelce piwa, chociaż nie było Mszy na powitanie Nowego Roku i szampana, ale i tak było fajnie. A w niedzielę po Nowym Roku (czyli 4-go stycznia) chodziliśmy po wiosce po kolędzie, bo tutaj Trzech Króli jest przeniesione na niedzielę. Odwiedziliśmy ze 30-ci lepianek, święcąc te ich domy i wypisując na drzwiach K+M+B 1998. To jest tradycja tutaj nieznana, ale Gabryś wprowadził to już kilka lat temu. Ludzie się nauczyli i cieszą się tym, że ksiądz przychodzi do tej ich biedy i modli się z nimi i nie brzydzi się, bo miejscowi księża raczej nie przywiązują do tego wagi i nie chodzą po ludzkich lepiankach, bo zresztą jest im ten zwyczaj nieznany. To przecież polski zwyczaj i polska forma duszpasterstwa.

Kiedy skończyły się te wszystkie miłe święta pojechaliśmy na dwa dni do Masasi, naszego głównego domu na południu. Wyprawa była raczej prawdziwym safari. Niby tylko 100 km, ale takimi wertepami i po takich wybojach, że jazda w jedną stronę zajęła cztery godziny. Teraz jest tu sezon deszczowy i w ciągu dnia, ni z tego ni z owego potrafi nagle tak lunąć, że ani się człowiek spostrzeże, a droga zamienia się natychmiast w rwącą rzekę. Tak się właśnie stało w drodze do Masasi. Około czwartej po południu, jakieś 30 km przed Masasi, lunęło z nieba, jak z odkręconego kranu i w ciągu dosłownie 10-ciu minut zamiast jechać drogą, płynęliśmy, a raczej byliśmy znoszeni przez rwący potok (samochód Land Rover ma ponad tonę wagi). Trzeba było zjechać na pobocze, między krzaki i tam przeczekać ponad 40-ci minut, zanim ulewa ustała i woda trochu zeszła.

Z Masasi, zawiózł mnie Gabryś do Mtwary na samolot i tak wróciłem do domu, trochu niewyspany, ale bardzo zadowolony, bo i ja miałem trochu odmiany w codziennym życiu i z Gabrysiem sobie pogadaliśmy i powspominali czasy, kiedy to razem rozpoczynaliśmy nowicjat, przed prawie 23-ma laty.

Co mi jednak pozostało z tych dwóch tygodni, to przede wszystkim szacunek dla pracy misjonarzy. Zrobiłem trochu zdjęć. Nie są one w stanie oddać całego trudu i pracy ludzi takich jak Ks. Gabriel, ale może choć w części pokażą, na czym naprawdę polega codzienna, szara praca buszowego misjonarza.

Tytuł tego reportażu narzuca mi się sam: “Przed dziesięciu laty nie było tutaj nic”, a raczej był tu busz i kilkanaście glinianych domków rozrzuconych pomiędzy buszową roślinnością.

W grudniu 1987 roku na kapitule misyjnej podjęto decyzję o założeniu nowej parafii na trasie z Tunduru do Masasi, w odległości 75 km od Tunduru, pomiędzy dwoma, sąsiadującymi wioskami: Namakambale i Nakapanya. W styczniu 1988 roku Ks. Gabriel Kamieński rozpoczął prace przygotowawcze. A więc najpierw trzeba było wykarczować teren i przygotować go do jakichkolwiek prac budowlanych. Karczowanie buszu, który co dwa – trzy miesiące odrasta to prawie syzyfowa robota. Do dzisiaj Gabryś zadaje pytanie: “Jak to jest, ze to całe zielsko i trawsko rośnie samo, bez pielęgnacji, bez nawozów, bez pielenia, a żeby zebrać parę kolb kukurydzy, to trzeba się tyle namordować?” Busz jest dla mnie fascynujący, w porze suchej pożółkły i szary, spalony przez słońce i wydaje się, że wymarły, cierpliwie czekający chłodu nocy, kiedy to zaczyna grać miriadami cykad, odległym rykiem lwa, czy szelestem skradającego się lamparta. Niesamowita jest taka nocna muzyka buszu. Nieraz, kiedy zdarzy mi się jechać przez busz, już po zapadnięciu zmroku, zatrzymuję samochód, wyłączam silnik, gaszę światła i słucham. Fascynująca jest jego siła i tajemniczość. A w porze deszczowej …szaleństwo zieleni i życia, to dla mnie niemalże symbol witalności afrykańskiej przyrody. Walka z tą siłą jest jednak nieraz bardzo uciążliwa, bo raz oczyszczony kawałek ziemi pod zasiew, a nie pilnowany prawie codziennie, zarasta natychmiast dziką i bujną roślinnością. To jest właśnie busz: zielsko rosnące z niesłychaną szybkością, termitiery budowane z determinacją przez te małe owady i potrafiące rozsadzić nawet murowane domy i tysiące zwierząt, większych i mniejszych, a szczególnie komarów, roznoszących malarię.

Jak po dziesięciu latach od tych początków wygląda parafia w Nakapanyi. Jest to główny kościół parafialny misji pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Matki Zbawiciela. To w nim właśnie odprawialiśmy pasterkę w Wigilię o północy i Mszę św. poranną w Boże Narodzenie. Z Pasterki zdjęcia niestety nie udały się, było za ciemno, bo chociaż w parafii jest generator prądu, to jednak oświetlenie jest dosyć skąpe. Kiedy przed kilku laty – w czasie budowy kościoła – byli tutaj goście, jeden z nich zapytał: ”Czy to jest sens budować bazylikę w szczerym buszu, kto do tego ogromnego kościoła będzie chodził?” Odpowiedzią jest Msza św. Bożonarodzeniowa, w której uczestniczyło około 250-ciu wiernych. Był sens wybudować bazylikę w szczerym buszu. Tak się buduje i tworzy chrześcijaństwo. Tam gdzie kiedyś był tylko busz, teraz stoi kościół i jest uczęszczany przez wiernych. W czasie Mszy św. odbył się chrzest trojga nowych chrześcijan. Jest to już tradycją Tanzanijską, że chrzci się niemowlęta, szczególnie gdy rodzice dziecka są już ugruntowani w wierze i czynnie uczestniczą w życiu parafialnym. Takie parafialne życie, to przede wszystkim uczestnictwo w liturgii, a więc Msza św. Ludzie raczej regularnie w niej uczestniczą i w każdą niedzielę kościół jest wypełniony, a i w dni powszednie, na porannej Mszy św. zawsze jest garstka ludzi z pobożnością modląca się i przyjmująca Komunię św. Ludzie modlą się, śpiewają (parafialne chóry to duma każdej parafii), z uwagą słuchają Słowa Bożego. Zresztą Ks. Gabriel doskonale włada językiem swahili i mówi tak obrazowo i przystępnie, że nawet ja (prawie zielony w tym języku) Go rozumiałem.

Co było dla mnie miłym zaskoczeniem, to fakt, ze w każdą niedzielę i święta po południu (o godz. 15-tej) cała parafia zbiera się na wspólnym śpiewaniu nieszporów. A melodie do nieszporów swojskie – polskie, chociaż język swahili. Melodie wprowadził Gabriel, tak jak i zresztą wiele innych rzeczy. Powtarza on zresztą często: “Trzeba ten ludek uczyć chrześcijaństwa, nie tylko teoretycznie, ale przede wszystkim praktycznie, wprowadzając zwyczaje i tradycje, które są z chrześcijaństwem związane. A że jestem Polakiem, to wprowadzam również polskie zwyczaje i tradycje. Skoro działają one od stuleci u nas i dobrze zdają egzamin, to dlaczego miały by być złe dla Afryki. U nas się sprawdziło, a ja widzę, że i tutaj się sprawdza.” Niektórzy zachodni duszpasterze i misjonarze czasami go krytykują i mają mu za złe konserwatyzm metod duszpasterskich, ale on odpowiada: “Po owocach poznaje się drzewo. Ja mam konserwatywne metody i kościół mój nie świeci pustkami. Na Zachodzie mają metody nowoczesne i puste kościoły.”

Życie parafialne to także, troska o kościół i katecheza. Przygotowaniem kościoła, jego sprzątaniem i wystrojem zajmuje się 9 grup (po 5 – 6 osób). Jedna taka grupa przystroiła właśnie szopkę, pod okiem Ks. Proboszcza i cały kościół na święta. Ale po skończeniu pracy obowiązkowo kazali się sfotografować. Także grupa katechistów, którzy są odpowiedzialni za przygotowanie młodzieży do pierwszej Komunii św. i do Bierzmowania, a także młodych ludzi do Sakramentu Małżeństwa. W warunkach misyjnych ksiądz nie zajmuje się raczej bezpośrednio katechezą. Zresztą byłoby to niewykonalne. Organizuje się raczej na szczeblu diecezji jedną centralną szkołę katechistów ( w diecezji Tunduru – Masasi znajduje się ona w Lukuledi i prowadzona jest przez innego Salwatorianina Ks. Marcina Martnę). Tam każdy proboszcz posyła po kilka osób rocznie na kilkumiesięczne kursy katechetyczne. Tacy ludzie są później odpowiedzialni za katechezę wstępną na terenie parafii, jak również we wszystkich podstacjach, gdzie normalnie ksiądz może przyjechać nie częściej niż dwa razy w miesiącu. Dużą pomocą w takiej pracy katechetycznej jest również brat zakonny, o ile taki jest na parafii. Ksiądz Gabriel ma akurat co roku takiego właśnie brata na stażu, który bezpośrednio nadzoruje pracę katechistów Brate Sebastian, tegoroczny stażysta jest dobrym pomocnikiem Księdza Gabrysia.

Jak już wspomniałem, ewangelizacja i praca duszpasterska, to nie tylko nauczanie i teoretyczna katecheza, ale to także wprowadzanie tradycji i zwyczajów chrześcijańskich. Jedną z takich tradycji jest, wprowadzona prze Ks. Gabriela kolęda. W uroczystość Trzech Króli (która tutaj przypada w II niedzielę po Bożym Narodzeniu) obchodzi się i święci domy na wiosce, modląc się z ludźmi o błogosławieństwo i pomyślność w Nowym Roku. W tym roku odwiedził około 30-tu domów w wioskach Namakambale i Nakapanya.. Ludzie bardzo sobie cenią tego rodzaju duszpasterstwo, bo widzą, że kapłan jest z nimi i dla nich, że nie jest tylko administratorem zza biurka i nauczycielem, pouczającym z ambony. Oczywiście, że nie brak nieporozumień i a czasami nawet niezrozumienia ze strony ludzi, ale tu wszystko jest nowe, tu wszystko się dopiero pomału i czasami bardzo opornie rodzi. Ale raz wprowadzone, zdrowe tradycje przyjmują się i, o ile będzie miał kto je podtrzymać, to będą kontynuowane, będą się ugruntowywać i zdobywać sobie miejsce w codziennym, religijnym życiu miejscowych ludzi.

Ale misje to także ciągłe wyjazdy na misyjne podstacje. W pierwszy dzień świąt byliśmy po południu w Limesule (około 45 km od Nakapanyi), gdzie sprawowaliśmy razem świąteczną Mszę św. Jeździ się do takich podstacji, albo samochodem (Land Rover z napędem na cztery koła, to najlepszy środek transportu), albo w porze wielkich deszczów, kiedy drogi są niedostępne nawet dla Land Rover’a – motocyklem. Oczywiście, że takie kaplice buszowe, na podstacjach nie mogą się równać z głównym kościołem misji. Zresztą byłoby to nieroztropne w każdej wiosce budować duży kościół. Takie zamu – czyli podstacje, to najczęściej niewielkie wioski, leżące raczej na uboczu, w pewnej odległości od głównego traktu. Dlatego w miarę możliwości, aby tylko zacząć jakieś życie liturgiczne i religijne stawia się najpierw niewielkie gliniane kaplice, zadaszone słomą (kaplica w Limesule ma szczęście, bo dach jest już blaszany). Wnętrze takiej kapliczki, to rzeczywiście stajenka, bardzo skromna a nawet prymitywna. Ale lud jest raczej gorliwy i żarliwy, i wypełnia takie kapliczki po brzegi Ciekawe, że na takie uroczystości przychodzą na Mszę św. nawet muzułmanie, których w Tanzanii jest znaczna ilość (około 40 % populacji). Nie uczestniczą oni we Mszy św. w sposób czynny, ale śpiewają katolickie pieśni, kiedy trzeba słuchają Słowa Bożego, a na podniesienie nawet przyklękają. Jest tak może dlatego, że “muzułmańska opieka duszpasterska” nie jest tak dobrze rozwinięta i w niewielu tylko wioskach jest meczet, czy imam, a ludzie tutejsi w sposób naturalny spragnieni są nadprzyrodzoności ???

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia odwiedziny w dwóch innych wioskach. Przed południem, około 10-tej Msza św. w Mkowela (jakieś 35 km od głównej stacji misyjnej. Znowu ten sam środek lokomocji, ale kaplica już znacznie lepsza. Jakieś pół roku temu Proboszcz -poddał mieszkańcom wioski pomysł: “Ja wam pomogę, dam cement i blachę, ale wy wypalcie cegłę i przyjdźcie do roboty. Zbudujmy nową kaplicę”. I udało się. Różnice widać i na zewnątrz, i wewnątrz. W takim wnętrzu mógłby nawet sam Papież odprawiać. Ludzie poczuli się pewniej i uwierzyli w siebie. Wiedzą bowiem, że skoro można było o własnych prawie siłach wybudować piękną kaplicę, to i ich domy nie muszą przecież stale być glinianymi kabanami (kabana – to w miejscowym języku, gliniana chałupinka kryta słomą). Przykład chwycił, ludzie zaczynają zmieniać swoje życie, mógł ksiądz wybudować murowaną kaplicę, a katechista murowany dom, dlaczego my mamy być gorsi? Jest rzeczą ciekawą, że w wioskach, do których dociera ksiądz ludzie nawet ubierać zaczynają się inaczej, dbają o swoje obejścia, widzą sens w posyłaniu dzieci do szkoły, w nawiązywaniu kontaktów ze światem zewnętrznym, otwierają się. Oczywiście każda taka wizyta misjonarza, a już szczególnie wizyta nowego księdza, który ma aparat fotograficzny, to okazja żeby sobie dać zrobić pikcza, czyli po prostu obrazek.

Z Limesule pojechaliśmy około południa, prosto do następnej stacji Tinginya (17 km od głównej drogi). Błoto powyżej osi samochodu, klucząc przez busz, dla ominięcia kałuż spotkaliśmy dwa “przemiłe zwierzątka”: kobrę i zieloną mambę. Obydwa gady bardzo niebezpieczne jeśli się z nimi spotkać na piechotę. Kobra, najpierw pluje paraliżującym jadem na swoją ofiarę (jad taki oślepia i paraliżuje system nerwowy) a później rzuca się i gryzie. Zazwyczaj żywią się one małymi jaszczurkami, żabami, myszami i szczurami, od ludzi uciekają, ale nadepnięte lub zaatakowane potrafią być bardzo niebezpieczne. Mój przewodnik (Ks. Gabryś) opowiadał, ze jadąc tą właśnie drogą do Tinginyi, spotkał raz kobrę, która usunęła się z drogi przed samochodem, zatrzymała się na poboczu i stojąc na ogonie, wyprostowana na wysokość jednego metra opluła boczną szybę samochodu. Zielona mamba, to bardziej niebezpieczny gad, bo czai się zazwyczaj na drzewach lub krzakach i atakuje znienacka, z góry nawet nie zaczepiana Jest nazywana “wężem siedmiu kroków”. Po jej ukąszeniu robi się tylko siedem kroków w tym życiu, a ósmy jest już krokiem w wieczność. Tym razem w samochodzie byliśmy raczej bezpieczni.

Po dotarciu do Tinginyi, witani byliśmy przez czekających już parafian i po kilkunastu minutach na Spowiedź, rozpoczęła się Msza św.. Obecna kaplica w Tinginyi wcale nie wygląda imponująco, bo jest to kapliczka pierwsza, wybudowana już kilka lat temu i do dzisiaj służąca za miejsce modlitwy dla sporej grupy osób. Ale tak jak i w poprzedniej Mkoweli, Ks. Proboszcz rzucił hasło: ”Budujemy nową kaplicę” i ludzie chwycili. Od ośmiu tygodni więc trwa praca przy budowie nowego obiektu. I znowu Proboszcz dowozi cement, blachy, gwoździe i tnie u siebie na małym tartaku drzewo na więźbę (byliśmy tam właśnie z kolejną partią drzewa w pierwszy dzień po świętach), a parafianie wypalają cegłę i pracują. Budowa kaplicy, to zresztą nie tylko sama budowa dla potrzeb duszpasterskich. To także sposób na uczenie tych ludzi wielu zwykłych rzeczy. Sam byłem świadkiem, jak z cierpliwością i znawstwem Gabryś tłumaczył miejscowym fachowcom (funzi), jak się przybija łaty do krokwi, aby całego dachu nie porwała najbliższa wichura, jak się ustala poziom muru, jak wiąże cegły z betonowymi filarami Tych godzin cierpliwego tłumaczenia nie ujmie on w duszpasterskich statystykach, pozornie nic to jego misjonarskiej pracy nie dodaje, a przecież jest to też wymierny i bardzo konkretny udział misjonarza w rozwoju kraju, w podnoszeniu poziomu życia. Kiedy tak patrzyłem na Jego pracę, przypominały mi się lekcje ze szkoły średniej na temat pozytywizmu i pracy u podstaw. To co On tutaj robi to rzeczywiście pozytywna praca od podstaw. A Jego osoba, to może taki współczesny, eksportowy doktor Judym?

Ale budowa kościoła to nie tylko budowa murów, uczenie prostych konstrukcyjnych czynności i zawodów stolarza, murarza, czy tynkarza, to także budowa żywego i młodego Kościoła z ludzkich serc. Ten Kościół też jest budowany. Widać to już w czasie Mszach św., w Tinginyi, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. To jest już naprawdę młody Kościół, większość z tych dzieci jest już ochrzczona i po I-szej Komunii św. Może, któryś z tych siedzących blisko ołtarza, małych obdartusów zostanie w przyszłości księdzem i on dalej będzie budował kaplice i kościoły. A na razie przyglądają się pilnie wszystkiemu i wielkimi oczami obserwują Baba Gabu i Bwana mkubwa z dalekiego (dla nich) Morogoro. A po Mszy świętej obowiązkowe zdjęcia parafian. (szkoda tylko, że aparat taki mały i nie może objąć wszystkich, którzy chcieliby sobie zrobić pikcza) i rodziny miejscowego katechisty z gościem, tzn. mwalimu ya Seminarii Mkuu ya Morogoro- czyli nauczycielem Wyższego Seminarium Duchownego w Morogoro.

Przed dziesięciu laty wszędzie tutaj był tylko busz i niewielkie skupiska ludzi, których odwiedzał raz na rok proboszcz z dalekiego Tunduru. Teraz jest duży, piękny kościół i regularne duszpasterstwo na głównej stacji misyjnej Namakambale-Nakapanya i 6 regularnie, raz lub nawet dwa razy w miesiącu odwiedzanych vigango – misyjnych podstacji: Limesule, Mkowela, Tinginya, Mindu, Majimaji i Namyungo. A w każdej z nich mała kaplica i w miarę regularne duszpasterstwo. A duszą tego wszystkiego, pracowity i oddany swoim ludziom Ks. Gabryś, albo -jak oni sami go z szacunkiem nazywają Baba Gabu. A ja po takiej (dla mnie nadzwyczajnej) wizycie, modlę się żeby miejscowi klerycy, których uczę filozofii, byli w przyszłości takimi właśnie oddanymi pracownikami w winnicy Pańskiej.
Morogoro, 19.10.07


Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: